"Twórcy. Geniusze wyobraźni w dziejach świata" Daniel J. Boorstin

Encyklopedia, czy może jednak książka. Wywód naukowy, czy luźne przemyślenia? Trudno to tak naprawdę określić. Z całą pewnością jest to jednak niecodzienne dzieło, być może wizja geniusza wyobraźni, a może tylko zwyczajnego twórcy. Ja wiem jedno: trzeba mieć głowę na karku aby napisać dzieło tego rodzaju. Zawierając w nim to co najważniejsze, ale w sposób nie utrudniający czytania. Niejednokrotnie wszak w szkole spotykamy się z podręcznikami do historii, które są przeładowane treściami w sposób praktycznie uniemożliwiający nam streszczenie żadnego, nawet krótkiego wycinka tekstu, stanowiące maksymalne streszczenie historii świata. Boorstin podchodzi do sprawy nieco inaczej, umożliwia czytelnikowi przyjęcie tekstu w sposób dający miejsce do oddechu, umożliwiający swego rodzaju dialog z treścią, czy może nawet coś więcej. Jak to wygląda w praktyce?
Tomik „Twórcy, geniusze wyobraźni w dziejach świata” wydany jest w bardzo poręcznej formie zbliżonej wielkościowo do formatu zeszytu B5. Forma ta ułatwia wchłanianie zawartości, nie ograniczając zbytnio pola manewru autorowi. Egzemplarz, który miałem przyjemność czytać, jest wydany w twardych okładkach i liczy sobie nieco ponad dziewięćset stron, na których zawarta jest opowieść autora o tytułowych twórcach. W książce wymienionych jest „z nazwiska” lekko licząc ponad tysiąc dwustu przedstawicieli różnych obszarów kultury i sztuki, choć liczba ta jest zakłamana poprzez uwzględnienie w niej także bohaterów dzieł literackich. Sama książka podzielona jest na kilka głównych części nazwanych przez autora księgami. Każda księga składa się z mniejszych rozdziałów nazywanych częściami. Kilka części znajduje się w charakterze wstępu, czy wprowadzenia przed pierwszą księgą. Łącznie mamy do czynienia z dwunastoma księgami. Podział jest dość specyficzny, wielopoziomowy i dopiero głębsze wczytanie się w nazwy poszczególnych części daje pojęcie o całokształcie dzieła. Każda z ksiąg wnika coraz głębiej w istotę twórczości zaczynając od „najprostszej” twórczości, poprzez wnikliwą interpretację od-twórczości a na spojrzeniu w tworzenie samego siebie kończąc. Ta specyficzna linia kreacji daje nam jeden z wymiarów. Drugim wymiarem jest linia historyczna, która przebiega od starożytności, z początkami kultury hinduistycznej i poetykami starogreckimi na nowoczesnych formach tworzenia takich jak kino kończąc. Wymiar ten nie jest idealnie prosty, zawiera elementy zaburzające liniowość, a momentami nawet coś na kształt zapętlenia. Kolejnym wymiarem książki jest poruszanie się w różnych aspektach tworzywa twórczego. Mamy więc opisane tworzywa literackie na kanwie mitologii, dzieł pisanych jak i nurtów czysto słownych z początkami różnych filozofii włącznie. Mamy omówione aspekty rzeźbiarstwa, malarstwa, muzyki czy kina.
Księga jest bardzo bogata o wszelkiego rodzaju przykłady dzieł i przekładów dzieł literackich, brakuje jej niestety podobnej ilości przykładów odnośnie dzieł innych form artystycznych, tak jak w przypadku rzeźbiarstwa czy malarstwa jest to całkowicie nieusprawiedliwione, tak w przypadku omawiania kina czy muzyki jest całkowicie zrozumiałe. W publikacji znajduje się bardzo niewielka ilość fotografii, zgrupowanej w trzech miejscach książki w formie „wkładki”. Każda taka grupka liczy sobie kilka stron, zawierających po 2-3 fotografie na każdej stronie. Niestety wszystkie te fotografie w wydaniu, z którym miałem do czynienia, są czarno-białe. Być może przyszłe wydania, które będą miały formę elektroniczną, np. e-booka będą zawierać większą ilość kolorowych zdjęć, a może nawet jakieś dodatki muzyczne czy filmowe. Nie będzie nam jednak dane prędko uświadczyć takiego wydania, ze względu na wciąż bardzo powolny rozwój tej gałęzi czytelnictwa.
Książka jak we wstępie widać jest zatem interesującą pozycją czytelniczą. Niestety, tu także pojawia się drobny zgrzyt. Albowiem okazuje się, iż w Warszawie książkę łatwiej kupić, niż wypożyczyć. Książka wydana została w 2002 roku, ale przez osiem lat przywędrowała jedynie do kilku wypożyczalni publicznych w mieście, do tego jest dostępna właściwie wyłącznie w czytelni, co przy przeglądaniu niemal tysiąc stronicowego dzieła nie jest bez znaczenia. Studenci, doktoranci, pracownicy i absolwenci Uniwersytetu Warszawskiego mogą się cieszyć z możliwości wypożyczenia jednego z dwóch egzemplarzy książki, znajdujących się w Bibliotece Uniwersyteckiej.
Lektura z początku wydaje się być przeładowana treściami, ale apetyt rośnie w miarę czytania, jak mawiają niektórzy. Tak też dzieje się i w tym przypadku, kiedy po kilku stronach wgryzamy się w coraz ciekawsze zagadnienia, podążając ścieżką czasu ku współczesności. Szybko przekonujemy się jak niewiele wiemy o otaczających nas owocach twórczości znakomitych osobistości. Autor często przytacza oryginalne, zapomniane przez nas, lub zniekształcone przez czas imiona, nazwy, określenia co wprowadza dodatkową dawkę wyjątkowego smaku tego dzieła.
Każda z dwunastu części dzieła opowiada jeden fragment większej historii. Fragment taki jest zazwyczaj dość niezależny od całego działa – można by go wyjąć i podać w osobnej, małej książeczce. Autor w swych opisach krąży wokół głównego wątku całej księgi, jakim jest szeroko pojęta twórczość, ale w poszczególnych tekstach koncentruje się na pojedynczym twórcy czy obiekcie, z rzadka odbiegając od wątku, na rzecz przedstawienia nieco szerszej perspektywy, czy dokładniejszego zarysowania tła historycznego danej osoby, danego przedmiotu, czy danego wydarzenia.
Cześć pierwsza książki, nosi tytuł „Światy bez początku”. Jest to część stanowiąca swego rodzaju wprowadzenie do dalszych części dzieła. Głównym wątkiem omawianym w tej części jest tematyka początku świata, istnienia Stwórcy, Boga lub bogów. Wizja świata przedstawiana jest z punktu widzenia hindusów, Konfucjusza, Buddy i Homera. Nawiązujemy zatem do głównych filozofii światów starożytnych, które w sporej części przetrwały do dnia dzisiejszego jako hinduizm, konfucjanizm i buddyzm. Religijne wierzenia z mitologii greckiej, opisywane częściowo przez Homera w „Iliadzie” i „Odysei” pozostały jedynie jako pewna niezmienna forma literacka, choć w oryginale, jak powiada autor, Homerowskie dzieła były tekstami tradycji ustnej, tworzonymi do pewnego momentu, na żywo przez osoby opowiadające historię Troi. Teksty te miały składać się z kilkuset stałych, „chronologicznie” uporządkowanych fragmentów, które były przytaczane przez mistrzów opowieści. Niemożliwym było odtworzenie opowiadania za każdym razem w identyczny sposób. Opowiadający zatem znali rytmikę poematu oraz szereg określeń związanych z określonymi postaciami występującymi w opowieści. Określeń pasujących do danych bohaterów było od kilku do kilkudziesięciu, posiadających różną rytmikę i „nazewnictwo”, dzięki czemu można było na bieżąco dopasowywać określenia dotyczące danego bohatera do rytmu opowiadanego dzieła. Jeśli mnie pamięć nie myli – Boorstin twierdzi, iż w „Iliadzie” występuje ponad 200 charakterystycznych, powtarzających się w podobnej formie określeń tworzących całe dzieło.
Druga część księgi o twórcach opowiada historię powstania teologii i nosi tytuł „Bóg-Stwórca”. Opowieści znajdujące się w tym rozdziale krążą wokół trzech, prawdopodobnie najważniejszych, monoteistycznych odłamów religijnych świata – chrześcijaństwa i islamu. Omówiony jest Bóg widziany oczami Mojżesza, a później także św. Augustyna. Pokazane są perypetie nauki religijnej czasów aleksandryjskich, kulisy powstania biblioteki aleksandryjskiej. Ostatecznie rozdział kończy się dość płynnym przejściem z obszaru Morza Śródziemnego i greckiej filozofii do bliskiego wschodu i podejścia mahometańskiego do Koranu. Dla przeciętnego europejczyka jest to bardzo cenne doświadczenie, ukazujące islam z nieco innej strony, wyjaśniające całkiem sporo niesnasków międzyreligijnych. Niestety, jest to bardzo krótki podrozdział i czuje się po jego przeczytaniu pewien niedosyt.
Druga część kończy wprowadzenie do dzieła właściwego, składającego się z trzech „ksiąg”, noszących tytuły: „Człowiek twórca”, „Od-twarzanie świata”, „Tworząc samego siebie”. Jak widać po tytułach, księgi owe wnikają coraz głębiej w sprawę twórczości, albo, jak kto woli, wznoszą tekst na coraz to wyższe poziomy kreacjonizmu. W pierwszej kolejności człowiek tworzy. Najpierw sam z siebie, gdzieś w starożytności, następnie próbuje odtwarzać we własnych dziełach to, co widzi wokół siebie w naturalnej postaci. To co stworzyła natura stara się odwzorować i skopiować. Nieraz sięga też do tego co już sam wcześniej stworzył. Tak więc często mamy do czynienia z odtwarzaniem, tak jak dzisiejsze budynki bardzo często nawiązują swoim stylem do budynków ze starożytnego Rzymu czy Grecji. Jest to odtwarzanie świata. Na koniec człowiek sięga w głąb siebie, zdobywa nowe doświadczenia, wzbogaca swoje jestestwo, ale nie tylko. W dzisiejszych czasach wszak człowiek usiłuje także skopiować samego siebie, w dziedzinach biologicznych, do czynienia tu mamy z problematyką medyczną – przeszczepy, klonowanie i inne tego typu tworzenie też może być pewnego rodzaju sztuką. Autor jednak pomija w trzeciej księdze sprawy biologiczne i zajmuje się sprawami takimi jak autobiografie, biografie, blogi i inne dzieła literackie.
Ale do rzeczy, księga pierwsza zawiera trzy kolejne części dzieła o twórcach. Pierwsza z nich (trzecia w kolejności) to zbiór wiedzy kamiennej, nosi tytuł „Władza kamienia”. Autor sięga najdawniejszych czasów i doszukuje się pierwiastków twórczości w megalitycznych kręgach, głownie w najbardziej znanym kręgu w Stonehenge. Nieco później przechodzimy dość płynnie do tworzenia siedmiu cudów świata, z których bardziej omówiony jest tylko jeden, mianowicie egipskie piramidy oraz jeden z ich twórców – Imhotep. Ze starożytnego Egiptu nie jest daleko do następnej wielkiej kultury starożytności: Grecji. Tu mamy do czynienia z analizą powstawania wyjątkowych budowli o znaczeniu sakralnym, przeznaczonych do podziwiania „z zewnątrz”. Grecy, pomimo podziałów pomiędzy poszczególnymi polis, tak za sprawą polityki (i rywalizacji) jak i za sprawą przeszkód geograficznych (góry), tworzyli wszędzie praktycznie identyczne świątynie dla swoich bogów. Świątynie te w stylu klasycznym, doryckim i jońskim były nie miejscem spotkań obywateli, ale mieszkaniami bogów, dlatego mówimy, iż były przeznaczone do podziwiania. Świątynie dla duszy człowieka powstały nieco później oraz nieco bardziej na zachód – w starożytnym Rzymie. Wiele można pisać o architektonicznych osiągnięciach rzymian, ale dwie rzeczy są całkowicie pewne. Po pierwsze rzymianie większą wagę przywiązywali do tego co znajduje się w środku, także świątyń. Ruch obywatelski w Rzymie był nastawiony na spotkania w łaźniach, pod dachem, wewnątrz pomieszczeń a nie tak jak w greckich polis na spotkania na agorze, na otwartej przestrzeni. W Rzymie rządzili przedstawiciele obywateli a nie całe społeczeństwo, nie było więc i potrzeby by wszyscy obywatele musieli się gdzieś w jednym miejscu spotykać. Dało to możliwość stworzenia miejsc bardziej przyjaznych (z naszego punktu widzenia) dla ludzi, zadaszonych, osłoniętych od wpływu atmosfery. Jednym z najpopularniejszych miejsc spotkań rzymian były łaźnie, które by nie powstały dzięki pewnemu wynalazkowi, który jest drugą rzeczą, którą bez wątpienia zawdzięczamy rzymianom. W dawniejszych czasach wiele pisano o tym, co rzymianie wnieśli do architektury, tworzono wiele dzieł opiewających różne style i osiągnięcia, ale często brakuje w nich wzmianki o cudownym wynalazku, który praktycznie zbudował Rzym – o cemencie i o betonie. Rzymianie wynaleźli sztuczny kamień, dzięki któremu przestało być konieczne budowanie z ciężkiego i nieporęcznego kamienia a można było szybko i wygodnie budować z cegły łączonej zaprawą. Gotowe mury można było tylko obudować cienką warstwą kamienia dla ozdoby. To dzięki rzymianom kamień przestał być budulcem i zyskał wartość dekoracyjną. Rzymianie wynaleźli także beton, który zastyga pod wodą, co umożliwiło im budowę portów i mostów. Należy pamiętać także, że beton daje się formować w praktycznie dowolny sposób. Rzym zatem wyszedł z formy prostopadłościanów, które były wymuszone w pewien sposób przez kamień. Dało się wszak budować różne piękne obiekty z kamienia, ale wymagało to znacznych nakładów pracy i czasu, a efekty nie zawsze były godne naśladowania. Dzięki cementowi można było stworzyć płynne przejścia między obiektami architektonicznymi. Powstały łuki, kopuły…
Nie chcę czytelnika przynudzać i zdradzać zbyt wielu ciekawych szczegółów z książki Boorstina. Zakończę zatem już swoje recenzowanie. Przedstawię jeszcze tylko tytuły kolejnych części ksiązki, tak aby czytelnik mógł wyrobić sobie dalsze zdanie na temat tego, czy warto, czy nie warto sięgnąć do dzieła.
Część czwarta nosi tytuł „Magia wizerunków” i opowiada o rzeźbiarstwie w starożytności. Ostatnia część księgi pierwszej o tytule „Nieśmiertelne słowo” koncentruje się na powstaniu teatru i poszczególnych jego gatunków literackich. „Elementy spoza tego świata”, część szósta dzieła Boorstina jest wstępem do księgi drugiej. Opowiada o muzyce, dziełach literackich, liturgii. Kolejna, siódma już część o dziwnej wymowie tytułu – „Komedia ludzka: mozaika świata” nawiązuje znów do obrzędów starożytności i teatru, opowiada historię napojów alkoholowych. Przechodzimy następnie do opowieści „Od rzemieślnika do artysty”, o twórcach takich jak Michał Anioł, aby po chwili wrócić do muzyki w części „Kompozytor w służbie wspólnoty”. Na sam koniec księgi drugiej łączymy obraz z dźwiękiem w nowoczesności. „Magia czasu i przestrzeni” opowiada o fotografii, o kinie i o drapaczach chmur. Księga ostatnia, jak już wspominałem krąży wokół dzieł samo poznawczych, takich jak biografia, autobiografia, esej, jest to jedenasta część o dziwnym tytule „Słowo awangardy”. Na koniec Boorstin serwuje nam część pt. „Wewnętrzna dzikość”, opowiadając coś o cechach narodowych ludzi.
Książka jest momentami trudna do określenia, trudna do przeczytania, momentami wchłania się ją jednak bardzo szybko i prosto. Warto ją przeczytać, ale czy warto wstawić do domowej biblioteczki? Na to pytanie niech sobie odpowie samodzielnie każdy czytelnik, który ukończy czytanie tego dzieła.

Data aktualizacji: